ponieważ życie jest drogą

Wsiąść do pociągu

Wszystko zaczęło się od kilku telefonów i pytania: znajdziecie czas w waszym korporacyjnym kalendarzu by pojechać w nieznane i nie zastanawiać się nad planem?

Tytoń ze sproszkowanym owocem tamaryndowca w liściu bananowca (1)
Świątynia medytacyjna samotnego mnicha (1)

 podróż bez planu

   Wszystko zaczęło się od kilku telefonów i pytania: znajdziecie czas w waszym korporacyjnym kalendarzu by pojechać w nieznane i nie zastanawiać się nad planem? Tą podróż bez planu zaproponowałem kilku korporacyjnym wyjadaczom, niewielkiej grupie managerów o sporej biznesowej odpowiedzialności. Nie wsiedliśmy do pociągu, skorzystaliśmy z linii lotniczej i skierowaliśmy się do Tajlandii.

   Ominęliśmy Bangkok, dotarliśmy na północ do Chiang Mai  – duchowej stolicy północy. Górskie powietrze i atmosfera starego miasta pełnego świątyń (Wat Phra Singh, Wat Chedi Luang) dały chwilę wytchnienia. Ale najważniejsze było przed nami – dwudniowy trekking przez tropikalny las, spotkania z mieszkańcami małych górskich osad, nocleg w bambusowej chacie, gdzie jedynym światłem miał być ogień, a dźwiękami – cykady i śpiew ptaków. Tego chcieliśmy. Szliśmy przez las monsunowy – daleko od cywilizacji. Zostawiliśmy ostatnie wioski za sobą. Ścieżka wiodła coraz głębiej w zieloną, parującą ciszę.

   Gdy dotarliśmy na miejsce, słońce chyliło się już za wzgórza. Na niewielkim skalnym wypłaszczeniu, pośród drzew i mgieł, stała mała świątynia – raczej prosta drewniana chata niż bogato zdobiony przybytek. Przywitał nas mnich, medytujący samotnie w górach. To on miał być naszym gospodarzem tej nocy. Po skromnej kolacji złożonej z ryżu, warzyw i kilku orzechów, mnich zaprosił nas do krótkiej medytacji. Nic skomplikowanego – tylko siedzenie, oddychanie, obserwacja. W tej chwili, w tej przestrzeni, czas przestał istnieć. Zapaliliśmy jego tytoń. To było wyjątkowe doświadczenie: wysuszone, sproszkowane pestki tamaryndowca, zmieszane z tytoniem i zawinięte w liść bananowca – coś unikalnego w programie tej wyjątkowej podróży bez telefonu i planu, podróży przed siebie. Byliśmy w miejscu, które jak się okazało nie gości zwyczajowo turystów – mieliśmy szczęście. Spaliśmy na matach bambusowych, oczywiście z głową skierowaną w stronę serca tej małej świątyni – buddyjskiego ołtarza, pełniący funkcję centrum kontemplacji, oddania i spokoju. Z kamiennego podwyższenia spoglądał na nas Budda z dłońmi ułożonymi w jeden z charakterystycznych gestów. Cisza była niemal absolutna. Nie słyszeliśmy odległych rozmów, nie było zasięgu telefonu. Tylko dźwięki lasu. Leżąc na cienkiej macie, słuchając tej niekończącej się melodii ciszy, mieliśmy poczucie, że jesteśmy uczestnikami czegoś większego – rytmu natury, spokoju umysłu, absolutnej obecności. Rano nie padło wiele słów. Wystarczyły gesty. Podziękowaliśmy, skłoniliśmy się. Opuściliśmy to miejsce jak ktoś, kto właśnie doświadczył czegoś rzadkiego i prawdziwego – ciszy wewnątrz siebie.

   Ruszyliśmy jeszcze dalej na północ, w stronę granicy. W okolicach Chiang Khong przekroczyliśmy granicę z Laosem. Nie mieliśmy konkretnego planu, raczej włóczenie i poznawanie zakamarków świata. Nie wiedzieliśmy, że przed nami jeden z  magicznych etapów podróży – spływ Mekongiem z przypadkowo poznanymi turystami z różnych zakątków globu.

   W 10 osób wynajęliśmy łódź i ruszyliśmy w dół rzeki. Drewniana łódź sunęła powoli po brunatnych wodach rzeki Mekong, przecinając soczyście zieloną dżunglę, góry i zapomniane przez świat wioski. Dwa dni w rytmie rzeki, z noclegiem w Pakbeng, gdzie czas się zatrzymał. Poranne mgły, zachody słońca i dzieci bawiące się nad brzegiem rzeki zostały w pamięci na zawsze. Drugiego dnia dotarliśmy do Luang Prabang – innego świata z kolonialną architekturą, buddyjskimi świątyniami i porannym pochodem mnichów po jałmużnę. Mistycyzm unosił się tu w powietrzu. Wizyta w wodospadach Kuang Si i wieczorny targ na głównej ulicy Luang Prabang były jak zakończenie pięknego snu.

   Z Laosu polecieliśmy do Kambodży, prosto do Siem Reap. Tam czekało na nas Angkor Wat – serce imperium Khmerów. Już sam poranny przyjazd, gdy jeszcze było ciemno, zapowiadał coś niezwykłego. Gdy słońce zaczynało wschodzić zza wież świątyń pojawił się złoto-pomarańczowy blask, który rozświetlał dziedzińce i kamienne korytarze. Światło nie tylko odsłaniało mury — budziło przestrzeń do życia. Angkor Wat to nie tylko zabytkowy kompleks – to święte miejsce, które przez wieki było przestrzenią modlitwy, medytacji i ofiar. Najpierw hinduistyczną, potem buddyjską. Duchowość jest tu jak mgła – subtelna, wszechobecna, niewidoczna, ale namacalna. Korytarze zdają się prowadzić w głąb nie tylko świątyni, ale i umysłu. Każda rzeźba opowiada historię — epicką, kosmiczną, duchową. W wielu miejscach panowała głęboka cisza, przerywana tylko śpiewem ptaków lub dźwiękiem wiatru. Spacerując po mniej uczęszczanych korytarzach, czuliśmy, że jesteśmy jedynymi świadkami czegoś pradawnego, czego nie da się wyrazić słowami. Byliśmy zaproszeni do rozmowy z ciszą. 

   Jeśli szukasz miejsc by porozmawiać z ciszą, uciec ze świata hałasu, by przez choćby chwilę być ze sobą napisz do nas, pojedź z nami, doświadcz emocji, które są z nami od lat.

Marek