ponieważ życie jest drogą

Mont Blanc

Zdobycie Mont Blanc, najwyższego szczytu Europy, było dla korporacyjnego zespołu czymś znacznie więcej niż tylko ambitnym celem.

108-0813_IMG
P10100190006

Historia trudnej decyzji

Zdobycie Mont Blanc, najwyższego szczytu Europy, było dla korporacyjnego zespołu czymś znacznie więcej niż tylko ambitnym celem. To była podróż w nieznane – zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Dla wielu z nas, także dla mnie organizatora projektu była to pierwsza okazja, by nawet w myślach „dotknąć” świata wysokogórskich wypraw. Projekt zrodził się jako team building – ale u jego podstaw tliła się znacznie głębsza idea: sprawdzić, czy wspólna droga na szczyt przełoży się w prawdziwą, trwałą jedność zespołu – taką, która później przełoży się na wspólne osiąganie celów biznesowych.

Kiedy zacząłem organizować to przedsięwzięcie, w głowie krążyło pytanie: czy sukcesem będzie zdjęcie na szczycie Mont Blanc, czy może raczej każda zespołowa decyzja, każdy akt wzajemnego wsparcia w trudnych chwilach. Co okaże się cenniejsze: sama wysokość zdobyta w metrach czy team spirit?

Rozpoczęliśmy 10 miesięcy przed wyprawa główną – dziesięć osób, pierwszy wspólny weekend treningowy w Świnoujściu. Początek niepozorny, ale to właśnie tam zaczęło się coś ważnego: zawiązywał się zespół. Następnie – regularne treningi fizyczne, rozpisane w formie treningu przygotowawczego. Potem przyszła zima w Tatrach – kilkudniowy obóz przetrwania, który pokazał nam, czym naprawdę jest wspinaczka: techniki asekuracji, poruszanie się w lodospadach, czekan w ręku, pot na czole i respekt przed naturą. Dopiero tam zaczęliśmy rozumieć, z czym przyjdzie się mierzyć.

Wrzesień – pierwsze dni w Chamonix to aklimatyzacja, ale też szkoła pokory i pokład wiedzy – pod okiem polskich i francuskich przewodników wysokogórskich. Sprzęt, techniki lodowcowe, symulacje upadków do szczeliny… To nie był kurs. To było przygotowanie do walki – z własnymi słabościami, z siłami przyrody, z nieprzewidywalnością.

Główna część wyprawy rozpoczęła się w Saint-Gervais (533 m n.p.m.). Z pomocą Tramway du Mont Blanc dotarliśmy do Nid d’Aigle (ok. 2370 m), a dalej ruszyliśmy pieszo w stronę schroniska Tête Rousse. Trzy godziny marszu – nie najtrudniejsze, ale wystarczające, by zasiać respekt przed tym, co miało nadejść.

Grand Couloir
Słynny „Kuluar Śmierci” – ledwie 100 metrów trawersu, zabezpieczonego stalowymi linami. A jednak, z powodu spadających kamieni, uznawany za jeden z najbardziej niebezpiecznych fragmentów szlaku w Alpach. Przechodzimy go wcześnie rano, zanim słońce zacznie roztapiać lód i uwolni kamienną lawinę. Każdy krok to balans między rozsądkiem a adrenaliną. Dalej wspinamy się do schroniska Goûter – położonego jak forteca na grani Aiguille du Goûter (3817 m). Tam spędzamy noc. Tam też pojawia się problem. Przychodzi wiatr. Silny. Niepokojący. Podejmujemy decyzję – ruszamy o 1:00 w nocy, licząc na poprawę pogody. Do Vallota (4362 m) docieramy wyczerpani. Każdy krok – jak walka o oddech, o myśli, o sens. Zimno wgryza się pod skóry, a horyzont przesłaniają tumany śniegu i mgły. Tam, na wysokości ponad 4300 m, zadajemy sobie najtrudniejsze pytanie: czy warto iść dalej? Czy warto ryzykować życie, by móc powiedzieć „byłem na szczycie”?

Decyzja była wspólna. I była dojrzała. Wycofujemy się.
Nie dlatego, że nie daliśmy rady. Ale dlatego, że potrafiliśmy słuchać siebie nawzajem. Że potrafiliśmy przyznać, że życie i bezpieczeństwo to największe zwycięstwo. Tego dnia nikt ze wspinaczy z różnych wypraw nie zdobył szczytu. Mont Blanc postawił barierę, której nikt nie przekroczył. Gdy wróciliśmy do Chamonix, panowała cisza. Spuszczone głowy. Brak euforii. Ale też – brak żalu. To nie była porażka. To był sukces – może największy z możliwych. Sukces odpowiedzialności. Sukces wspólnej decyzji. Sukces zespołu.

Marek