ponieważ życie jest drogą

Kilimanjaro

Wejście na Kilimanjaro może dać smak wysokogórskich wypraw, nie jest jednak wspinaczką. Dla naszego zespołu było niezwykłą przygodą, momentami wręcz magiczną.

94 (1)

magiczna wyprawa

Bo Kilimandżaro to nie tylko góra. To opowieść o granicach, które przesuwasz. To cisza, która zostaje w tobie. I to Afryka, która na zawsze zostawia w duszy ślad. Wszystko zaczęło się w małym hotelu w Moshi, niewielkim afrykańskim miasteczku, które o świcie pachnie kawą, kurzem i daleką przygodą. Ponad czerwonymi dachami skromnych i tanich hoteli, skryta w chmurach pojawiała się śnieżna korona olbrzyma –  dumnie panującego nad wszystkim wokół Kilimandżaro. Zdążyć zobaczyć lodowiec dachu Afryki zanim się roztopi – taki przyświecał nam cel.

W Machame Gate, na wysokości 1800 metrów, kończy się droga, a zaczyna ścieżka. Tu przekroczyliśmy bramy parku Kilimandżaro. Wokół tropikalny las, w którym wszystko oddycha: ziemia, drzewa, powietrze. Mijaliśmy kolosy paproci, słuchaliśmy śpiewu ptaków i krzyku małp. Wilgotne powietrze wnikało do płuc, a błotnista ścieżka przypominała, że wędrówka dopiero się zaczęła. W Machame Camp, na wysokości 2835 nmp po raz pierwszy czuliśmy chłód, który mówił, że jesteśmy wysoko. Drugiego dnia czekał nas 5 – 6 godzinny trekking. Zaczęliśmy łapać aklimatyzację wśród wrzosowisk i karłowatych drzew. Krajobraz się otworzył, powietrze stało się suche i przejrzyste. Szlak szybko wyszedł ponad linię lasu. Trasa prowadziła pod górę, serpentynami, z imponującymi widokami na dolinę i szczyt Kibo. Wieczorem dotarliśmy do Shira Camp. „Słychać” było ciszę wysokich gór.

Nadszedł nasz dzień prawdy, w którym pokora „musiała” pokonać harce. Wyszliśmy ponad 4600 m n.p.m., pod Lava Tower. Na tej wysokości krok stał się wolniejszy, a wysiłek energetyczny większy. Organizm walczył, nie poddawaliśmy się, choć pobyt na tej wysokości dla kilku z nas był nowym doświadczeniem. Zeszliśmy do Barranco Camp otoczonego skałami i gigantycznymi roślinami. Spaliśmy snem sprawiedliwych. Kolejnego dnia, przed nami pojawiła się ściana Barranco Wall – ściana, która wygląda jak granica między możliwym a niemożliwym. Podejście nie wymagało wspinaczki, raczej pokory i skupienia. Na szczycie tego wzniesienia znaleźliśmy się powyżej chmur, obserwując coraz bardziej zbliżające się Kilimandżaro. Szlak na BarafuCamp prowadził przez jałową pustynię z lawowych okruchów. Znaleźliśmy się w otoczeniu księżycowego krajobrazu, bez roślin i dźwięków. Barafu było miejscem jednodniowego odpoczynku. Naszym celem było wejście całej 6 osobowej grupy, stąd dodatkowy dzień aklimatyzacji i noc powyżej 4500 m npm okazały się właściwym wyborem.

Atak szczytowy rozpoczęliśmy o 23:00,wtemperaturze -10C. Po 2 – 3 godzinach wędrówki w górę zaczęliśmy dotkliwiej odczuwać wysokość. Kolejne 4 – 5 godzin było przed nami. Powietrze było lodowate, każdy krok walką. W Stela Point na wysokości 5756 m n.p.m. zauważyliśmy, że nie wszyscy docierają tak wysoko w pełni świadomie. Niektórzy rezygnowali z powodów choroby wysokościowej. Doświadczyliśmy niezwykłych wrażeń. Z jednej strony mistyczny wręcz wschód słońca okrywający swoimi promieniami mieniące się kolory lodowca. Z drugiej stroni niestety „zachód” euforii tych, z którymi od paru godzin dzieliliśmy wspólnie drogę na Kili, a którzy poddali się, będąc już właściwie na mecie. My szliśmy dalej, mając już za sobą wschód słońca. Około 6:45 osiągnęliśmy dach Afryki, stając na wysokości 5895 m n.p.m. UHURU PEAK – nasz cel wciąż otoczony był lodowcem. Czekało nasz jeszcze zejście z noclegiem w Mweka Camp na wysokości 3100 m n.p.m. Dotarliśmy tu ok 17:00 po 18 godzinach wysiłku. Rano, po śniadaniu już tylko 10 km lasu deszczowego i finał w postaci pamiątkowego dyplomu.

Byliśmy na dachu Afryki, Afryki, która została w naszych sercach, w miejscu które wtedy otoczone było jeszcze śniegiem, i ten obraz chcieliśmy zachować dla siebie.

Marek