ponieważ życie jest drogą
Mont Blanc
Zdobycie Mont Blanc, najwyższego szczytu Europy, było dla korporacyjnego zespołu czymś znacznie więcej niż tylko ambitnym celem.
Historia trudnej decyzji
Zdobycie Mont Blanc, najwyższego szczytu Europy, było dla korporacyjnego zespołu czymś znacznie więcej niż tylko ambitnym celem. To była podróż w nieznane – zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Dla wielu z nas, także dla mnie organizatora projektu była to pierwsza okazja, by nawet w myślach „dotknąć” świata wysokogórskich wypraw. Projekt zrodził się jako team building – ale u jego podstaw tliła się znacznie głębsza idea: sprawdzić, czy wspólna droga na szczyt przełoży się w prawdziwą, trwałą jedność zespołu – taką, która później przełoży się na wspólne osiąganie celów biznesowych.
Kiedy zacząłem organizować to przedsięwzięcie, w głowie krążyło pytanie: czy sukcesem będzie zdjęcie na szczycie Mont Blanc, czy może raczej każda zespołowa decyzja, każdy akt wzajemnego wsparcia w trudnych chwilach. Co okaże się cenniejsze: sama wysokość zdobyta w metrach czy team spirit?
Rozpoczęliśmy 10 miesięcy przed wyprawa główną – dziesięć osób, pierwszy wspólny weekend treningowy w Świnoujściu. Początek niepozorny, ale to właśnie tam zaczęło się coś ważnego: zawiązywał się zespół. Następnie – regularne treningi fizyczne, rozpisane w formie treningu przygotowawczego. Potem przyszła zima w Tatrach – kilkudniowy obóz przetrwania, który pokazał nam, czym naprawdę jest wspinaczka: techniki asekuracji, poruszanie się w lodospadach, czekan w ręku, pot na czole i respekt przed naturą. Dopiero tam zaczęliśmy rozumieć, z czym przyjdzie się mierzyć.
Wrzesień – pierwsze dni w Chamonix to aklimatyzacja, ale też szkoła pokory i pokład wiedzy – pod okiem polskich i francuskich przewodników wysokogórskich. Sprzęt, techniki lodowcowe, symulacje upadków do szczeliny… To nie był kurs. To było przygotowanie do walki – z własnymi słabościami, z siłami przyrody, z nieprzewidywalnością.
Główna część wyprawy rozpoczęła się w Saint-Gervais (533 m n.p.m.). Z pomocą Tramway du Mont Blanc dotarliśmy do Nid d’Aigle (ok. 2370 m), a dalej ruszyliśmy pieszo w stronę schroniska Tête Rousse. Trzy godziny marszu – nie najtrudniejsze, ale wystarczające, by zasiać respekt przed tym, co miało nadejść.
Grand Couloir
Słynny „Kuluar Śmierci” – ledwie 100 metrów trawersu, zabezpieczonego stalowymi linami. A jednak, z powodu spadających kamieni, uznawany za jeden z najbardziej niebezpiecznych fragmentów szlaku w Alpach. Przechodzimy go wcześnie rano, zanim słońce zacznie roztapiać lód i uwolni kamienną lawinę. Każdy krok to balans między rozsądkiem a adrenaliną. Dalej wspinamy się do schroniska Goûter – położonego jak forteca na grani Aiguille du Goûter (3817 m). Tam spędzamy noc. Tam też pojawia się problem. Przychodzi wiatr. Silny. Niepokojący. Podejmujemy decyzję – ruszamy o 1:00 w nocy, licząc na poprawę pogody. Do Vallota (4362 m) docieramy wyczerpani. Każdy krok – jak walka o oddech, o myśli, o sens. Zimno wgryza się pod skóry, a horyzont przesłaniają tumany śniegu i mgły. Tam, na wysokości ponad 4300 m, zadajemy sobie najtrudniejsze pytanie: czy warto iść dalej? Czy warto ryzykować życie, by móc powiedzieć „byłem na szczycie”?
Decyzja była wspólna. I była dojrzała. Wycofujemy się.
Nie dlatego, że nie daliśmy rady. Ale dlatego, że potrafiliśmy słuchać siebie nawzajem. Że potrafiliśmy przyznać, że życie i bezpieczeństwo to największe zwycięstwo. Tego dnia nikt ze wspinaczy z różnych wypraw nie zdobył szczytu. Mont Blanc postawił barierę, której nikt nie przekroczył. Gdy wróciliśmy do Chamonix, panowała cisza. Spuszczone głowy. Brak euforii. Ale też – brak żalu. To nie była porażka. To był sukces – może największy z możliwych. Sukces odpowiedzialności. Sukces wspólnej decyzji. Sukces zespołu.
